#bookmonday. Czy jesteście dobrze urodzeni? - Cały Ten Zgiełk

#bookmonday. Czy jesteście dobrze urodzeni?

Czy jesteście dobrze urodzeni?

Pewnie nie…

Nie chodzi tu absolutnie o szlacheckie pochodzenie.

Chodzi o dobre urodzenie – urodzenie godne, z poszanowaniem praw dziecka i matki, intymne, bezpieczne.
Sformułowanie wzięło mi się od Stowarzyszenia Dobrze Urodzeni.

Jeśli należysz do pokolenia trzydziestolatków urodzonych w Polsce to prawdopodobnie urodziłeś/aś się w szpitalu pod okiem surowej położnej, a Twoja wymęczona mama została potraktowana tak źle, że do końca życia będzie to pamiętać.

O szczegółach wolę nie pisać, prawdopodobnie coś teraz konsumujesz a opisy medycznych procedur i upokorzeń nie poprawią Ci raczej apetytu. W końcówce lat 70-tych i latach 80-tych nie tylko sklepy ale i szpitalne magazyny świeciły pustkami . A stres codzienności schyłkowych lat PRL czy stanu wojennego udzielał się i matkom i personelowi, tworząc w szpitalu atmosferę instytucji totalitarnej.

Narodziny były dawno temu sprawą intymną i domową. A jednocześnie bardzo niebezpieczną, niehigieniczną.
Potem zostały zmedykalizowane, sprowadzone wręcz do  procedury rodem z fabryki – po to by poprawić higienę, obniżyć śmiertelność i… sprawować kontrolę. Zostały odebrane kobietom i zawłaszczone przez system. Taki, który przywiązywał kobiety do łóżka, do kabli i sprzętu, który zmuszał do bolesnych procedur, przyjęcia jednej słusznej pozycji i znoszenia uwag w stylu „rozkładałaś nogi, to teraz cierp”.

Dziś narodziny zaczynają wracać do kobiet. Co oznacza większą ich rolę w całości wydarzenia i większy szacunek dla nich.

Wielką rolę odgrywa w tym położna.

O tym między innymi jest książka pt. „Mundra” – seria wywiadów Sylwii Szwed z położnymi o różnych doświadczeniach, pochodzeniu, latach pracy. Książka poruszająca i arcyciekawa. O „mundrych” –  położnych, akuszerkach, czarownicach z niegdyś tajemną wiedzą sprowadzania dzieci na świat.

mundra4

Pokazuje jak niesamowicie od czasów przedwojennych zmieniła się u nas rola położnej, jej kompetencje, jej wiedza i stosunek środowiska medycznego oraz społeczeństwa do niej.

Książka pokazuje jak bardzo położne przez lata zostały zdegradowane do roli pomocniczej. I jak utożsamiane są dziś z dziarską panią w wieku więcej niż średnim pokrzykującą na młodą zdezorientowaną matkę (niestety taka własnie mi się trafiła) lub zimną, obojętną królową lodu.

Jednocześnie – jak dużą potrafią mieć wiedzę – nie tylko medyczną. Ta nie wystarczy. Bezcenna jest wiedza psychologiczna i intuicja.

Z rozmów wyłania się jedna z najważniejszych rzeczy – że to głównie od stanu psychicznego matki, jej relacji ze sobą, z ciałem, otoczeniem, partnerem zależy sama ciąża, jakość narodzin i początek relacji z dzieckiem.

To niezwykle ważne, co podkreślają położne. Bo w czasach, gdzie jesteśmy nastawieni na szybkość – szybkość działania, szybkość konsumowania, szybkość informacji oczekujemy błyskawicznych efektów także, jeśli chodzi o ciążę i narodziny.

Oczekujemy też pełnej transparencji – możemy planować dzieci, monitorować je od poczęcia, podglądać.  To z jednej strony buduje od samego początku silną więź, z drugiej – pragnienie silnej kontroli, która nie zawsze jest nam dana. W końcu ciąża to coś pierwotnego, naturalnego, zwierzęcego…

I trzeba umieć poczuć ten pierwiastek, trochę sobie odpuścić.

Ja to wiem dopiero dzisiaj.

To wszystko nie jest proste. Zwłaszcza w kontekście in vitro zaskoczył mnie wywiad z embriolog, która odeszła od zawodu i została położną. to m.in. dlatego, że przestała chcieć już ingerować w życie. Jej zdaniem, jeśli natura stanowczo blokuje posiadanie dziecka przez daną parę, to mówi coś ważnego o ich relacji. Czasem zwyczajnie coś jest w niej nie tak, wymaga poważnego przepracowania. A czasami pewni ludzie wg niej zwyczajnie nie powinni mieć razem dzieci.

Kontrowersyjne, zastanawiające. Ciekawe. Nie sposób się w pewien sposób nie przychylić w świetle rozważań o roli psychiki kobiety. Z drugiej strony – czy można rzeczywiście odmówić ludziom dziecka, skoro nauka jednak ma na to metodę?

O tych i innych dylematach wokół przychodzenia na świat i jego roli w całym naszym życiu traktuje ta świetna książka.

Gorąco polecam nie tylko kobietom, ale wszystkim dla których ważne jest „dobre urodzenie”.

A także tym, którzy interesują się chociażby kwestiami języka i świadomości. Książka jest pełna ciekawych smaczków.

Chociażby:

W suahili na macicę mówi się mfuko wa uzazi, co oznacza kieszeń rodzicielstwa. Piękne, mistyczne określenie. A jednocześnie tak silny patriarchat, brak podstawowej wiedzy medycznej u kobiet i idące za nimi liczne komplikacje i społeczne i związane z fizjologią porodu.

A w języku duńskim istnieje sformułowanie jordemodernmand, co oznacza „mąż położnej”. Nie musi pracować zawodowo, ponieważ zawód położnej jest tak dobrze opłacany, że może żyć w dobrobycie i obijać się. Słowo to funkcjonuje już od XIX wieku i przyjęło się także w języku potocznym.

Ciekawe, czy w Polsce będzie się traktować ciążę i poród holistycznie.

I czy kiedyś zawód położnej, douli stanie się intratnym i prestiżowym?

 

zdjęcie: Aundre Larrow

Follow me
Przejdź do paska narzędzi