#bookmonday Ignorance is bliss... O "Jeść przywoicie" Karen Duve - Cały Ten Zgiełk

#bookmonday Ignorance is bliss… O „Jeść przywoicie” Karen Duve

Weź niebieską pigułkę, a historia się skończy, obudzisz się we własnym łózku i uwierzysz we wszystko, w co zechcesz. Weź czerwoną pigułkę, a zostaniesz w krainie czarów i pokażę ci, dokąd prowadzi królicza nora.

Jeśli chcesz siedzieć w Matrixie, nie czytaj tego posta.

Jeśli masz choć odrobinę autorefleksji – śmiało.

Karen Duve, niemiecka dziennikarka i pisarka pod wpływem swojej partnerki  Kerstin (zwanej Jiminy na cześć sumienia Pinokia pod postacią disneyowskiego świerszcza) postanowiła podjąć wyjątkowy eutoeksperyment żywieniowy. I opisała go w książce „Jeść przyzwoicie”.

W ciągu roku od wszyskożernego beztroskiego konsumenta obciążonego chorobami cywilizacyjnymi i całkiem niezłym uzależnieniem od Coli i lukrecji Haribo przeszła fazy spożywania ekożywności, wegetarianizmu, weganizmu a wreszcie frutarianizmu.

Czytając początek książki uśmiechałam się pod nosem.

Tęsknotę za mało etycznym a ukochanym comfort food, ulubionym słodyczami czy rodzajami fast foodu znam bardzo dobrze. Także ten wewnętrzny bunt przed wyrzeczeniami zmuszającymi do totalnego złamania schematów żywieniowych.
I znajome autooszukiwanie się przy półce, pocieszanie tym co kaloryczne, słodkie i masowo dostępne.

Ale potem…
Potem robi się coraz mniej wesoło.

Zabawne scenki i dialogi z życia, opisy starć i spotkań z ekspertami, sprzedawcami, innymi konsumentami czy rodziną stanowią tło do nakreślenia prawdziwego problemu.

A jest nim przede wszystkim nasza błoga nieświadomość lub wygodna ignoracja w temacie masowej hodowli zwierząt w celach konsumpcji.

Przeczytałam książkę w pociągu – moi współpasażerowie co chwilę zerkali na mnie podejrzliwie. Musiałam chyba robić dziwne miny i wzdychać w czasie lektury.

Dlaczego?

Autorka porównuje swoją podróż do przygody Neo z Matrixa po spożyciu wiadomej pigułki.

I rzeczywiście spotkanie z tą książką nią jest.

Gwarantuję każdemu kto ją przeczyta niemało wstrząsów. A na skutek nich stanięcie przed wewnętrznym lusterem i konfrontację z własnym sumieniem zadającym pytanie, które zdefiniowałam sobie tak:

Czy nadal chcesz uczestniczyć odbywającym się w świetle prawa i za społecznym przyzwoleniem systemie torturowania, wykorzystywania i masowej eksterminacji zwierząt hodowlanych?

Konsumpcja nie tylko mięsa, ale także nabiału w dzisiejszych czasach wiąże się z niemą zgodą na przetrzymywanie zwierząt i ich ubój w warunkach doskonale naśladujących działanie obozów koncentracyjnych.

Inteligencja człowieka umożliwia mu dostosowanie świata do swoich potrzeb.

Stworzył fabryki mięsa maksymalizujące zyski poprzez łamanie prawa ludzkiego (de facto jajka „trójki” i „zerówki” to jedno i to samo) i łamanie praw zwierząt (obcinanie dziobów czy rogów, wrzucanie do wrzątku żywych zwierząt, rażenie prądem, tłoczenie w ścisku, smrodzie, ekskrementach i pasożytach, wiązanie, okaleczanie, trucie, oduczanie przyrządami tortur zachowań właściwych gatunkowi i in.)

Jakim cudem mimo wielu okresów wegetarianizmu nigdy do tej pory tak jasno fakty te nie stanęły mi przed oczami?

Przeciętny konsument nie zaprzata sobie głowy pochodzeniem produktów odzwierzęcych jakie spożywa.
System o to doskonalne dba.

W końcu na opakowaniach widnieją szczęśliwe kury, samopolecające się do zjedzenia świnki czy krówki na łące.
A rozczłonkowane kawałki mięsa pozbawione piór, kości, skry czy krwi ułatwiają sprawę. Wszyscy pamiętają masową histerię po odkryciu w hipermarkecie pakowanych próżniowo prosiaczków w całości.

Nawet jeśli komuś świta, że kotlet schabowy jest okupiony krwią, to pomyślenie o tym, że mleko jest efektem niewolnictwa wykracza poza zdolności pojmowania.A przecież słodkie cielątko nie liże nagminnie ludzkich rąk  dla przyjemności –  jest niemowlakiem odebranym matce, którego wrodzony instynkt lizania i ssania likwiduje się chociażby zamontowanymi metalowymi kółkami w nosie. Samo wkrótce pójdzie na rzeź, jego matka będzie do cna eksploatowania i dojona do wycieńczenia a potem również zjedzona.

Autorka nikogo jednak nie piętnuje.

Sama opisuje swoje chwile zwątpienia, sięga po autoironię. Z jednej strony sięga po obiektywne dane, z drugiej przedstawia swoje radykalne myśli i działania jak np. akcję uwalniania kur z fermy. Pozwala na własne przemyślenia i je podsumowuje na koniec książki, zachęcając czytelnika do podejmowania własnych decyzji.

Jakie wybory zdecydowała się podjąć? Są warte przytoczenia i przemyślenia:

  1. W miarę możliwości robię zakupy w biosklepach (dotyczy to także zakupów lokalnych, sezonowych)
  2. Nie jem mięsa z masowej hodowli (co nie oznacza radykalizmu: „próbuję w miarę swoich możliwości minimalizować wyrządzane szkody”)
  3.  Z ryb, mięsa i produktów mlecznych będę jadła najwyżej 10% tego, co kiedyś
  4. Nie będę kupować artykułów ze skóry ani takich, które zawierają pierze
  5. Ograniczam konsumpcję („staram się kupować przede wszystkim rzeczy używane a od nowego roku codziennie będę się rozstawać z jednym przedmiotem”)

Najciekawsze i najbardziej szczere staje się wyzwanie osoby, która obudziła się świadoma Matrixu:

Nigdy nie odżywiałam się bardziej odowiedzialnie a mimo to jeszcze nigdy nie miałam o sobie tak złego mniemania jak teraz. Gorsza od niemyślenia jest bowiem wiedza o stanie faktycznym i niewyciąganie z niej konsekwencji.

Autorka podsumowuje swoje decyzje: „Nie będę do końca konsekwentna ale za to uważna. Również w stosunku do roślin.”
No właśnie.

Mamy wybór. Możemy stworzyć swoją siatkę decyzji.

Ja właśnie teraz na wiosnę chcę przeprowadzić swój prywatny autoeksperyment i badać swoje granice w zakresie bycia vege.
Miałam w swoim życiu już okresy wegetarianizmu ale nigdy nie bazowały na tak silnym przemyśleniu kwestii etyki.

Co będzie przyjemnością a co wyrzeczeniem?
Sprawdzę to podobnie jak bohaterowie filmu Vegucated, z których każdy podobnie jak Duve odbywa swoją podróż ku świadomości.

 

Ok, to jak?
Chcesz wyjść poza Matrix?
Przeczytasz tę książkę?

Ja niedługo sięgnę także po „Zjadanie zwierząt”.

Follow me
Przejdź do paska narzędzi