It was EPIC! Czyli Faith no More objawiło się w Krakowie - Cały Ten Zgiełk

It was EPIC! Czyli Faith no More objawiło się w Krakowie

Bóg wokalu zstąpił z nieba i wcielił w postać Mike’a Pattona. Nieziemskie siły przyoblekły też ciała jego kolegów – wymiataczy z zespołu Faith No More.

A ten, po latach nieobecności, objawił się w Krakowie w dając nieziemski koncert.  Moich idoli lat licealnych przywitały podobne mi dinozaury na widowni.

Czy to z racji przekroju wiekowego brakowało należytego aplauzu?

A może to zblazowanie publiczności, tłumaczącej brak własnej energii problemami z dźwiękiem i nieudolnością akustyków?

A może to zbytnie skupienie na kręceniu filmów i robieniu zdjęć smartfonami rozproszyło uwagę słuchaczy?

Koncerty Pearl Jam (zwłaszcza totalnie niezapomniany Berlin Wuhlheide w 2009 r. Tfu tfu – 2006, I’m sooo old!)., Metalliki czy Depeche Mode, pełne zaangażowania i ekscytacji fanów pokazują, jak powinno się witać tuzów muzyki rockowej.

Tymczasem w Krakowie zdecydowanie tego zabrakło. Publika była w porównaniu do tej obecnej na koncertach powyższych zespołów mdła (pomijając oczywiście twardzieli pod sceną i grupki/jednostki rozsiane po sali).

Może  właśnie z powodu braku chemii  zabrakło drugiego bisa, jaki zespół miał w planach? Sprzątanie sprzętu od razu po wybrzmieniu ostatniego dźwięku, kiedy niektórzy łącznie ze mną mieli nadzieję na powrót zespołu na scenę, również było przykrym podsumowaniem tego niewypału na linii zespół- publisia.

Ja tymczasem czułam się dokładnie jak jeden z fanów jaki napisałam na fan page eventu przed koncertem: „będę się darł i klaskał jak pojebany, tak„. W takim momencie jesteś jak superfreak w morzu obojętności.

Pomimo tego wizualnie panowie z brzuszkiem a realnie i energetycznie „chłopaki” – dali z siebie wszystko. Stanęli totalnie na wysokości zadania, chociaż na pewno nie był to koncert ich życia.

Mike kokietował ze sceny podkreślając, że zespół jest już grupą starych facetów. Kokietował, b0 podobnie jak reszta ekipy, był w najwyższej możliwej formie.

Tym bardziej wyglądało to ciekawie na scenie zaaranżowanej w klimacie parodii. Białe kurtyny niczym zasłonki prysznicowe, sztuczne wiechcie kwiatów, brak telebimów i białe „outfity” zespołu będące skrzyżowaniem stroju hawajskiego z hinduskim i wdziankiem kapłana z love chapel w Las Vegas dopełniły całości. Stały się ciekawym umownym nawiasem podkreślającym, że tak naprawdę scenografia jest zbędna przy takim poziomie mistrzostwa.

No cóż, jeżeli Faith grają jak dynamit z pięćdziesiątką na karku, jestem spokojna o ich kondycję za kolejne pięćdziesiąt lat. I nadzieja na kolejną płytę za dwa lata wcale nie jest płonna.

Zaczęli z przytupem Motherfucker’em z nowej płyty a doprawili klasykiem – Be Agressive.

A następnie przeplatali nowe kawałki znanymi perełkami.

Nie zabrakło klasyków – Epic, Evidence, Easy, Last cup of sorrow, Gentle art of making enemies, Cuckoo for caca, Ashes to Ashes czy zagranego na bis  przenoszącego wehikułem czasów We care a lot. Superhero z nowej płyty brzmi epicko i z pewnością wpisze się w faithowy kanon. Podobnie jak wspomniany oryginalny Motherfucker czy liryczny Matador.

Przed koncertem śnił mi się Mike Patton, który wpadł do mnie na herbatkę i graliśmy w kalambury. Moim zdaniem było odgadywanie setlisty:) (łatwo poszło z Motherfuckerem ;P) A po nim – śniło mi się w męczącym śnie, to jak przepraszam go za niemrawą publikę… Raczej bezskutecznie.

Koncert to przeżycie bliskie religijnej ekstazie.

Potrzebne jest podczas niego poczucie wspólnoty emocji z innymi odbiorcami, by wybrzmiał w pełnej krasie, by energia dźwięku dotarła do każdej komórki i nasyciła endorfinami.

Szkoda, że tego pierwiastka plemiennego zabrakło…

Pochwalić należy sprawną organizację – chyba jeszcze nigdy tak płynnie nie weszłam na koncert i nie wyszłam z niego. Może dlatego, że Arena nie była wcale pełna a sektory świeciły pustymi plamami.

Jak to możliwe, kiedy giganci na scenie dają z siebie wszystko?

Czy dziś jesteśmy już tak bardzo zblazowani przez kulturę dobrobytu, wszechdostępności instant do wszelkiego rodzaju dóbr – w tym muzyki, że nie potrafimy w pełni docenić wielkiego analogowego przeżycia tu i teraz oraz należycie docenić talentu jaśniejącego na wyciągnięcie ręki?

Follow me
  • Emilia

    Szkodusia. Ale jak grali na Malcie w Poznaniu jakieś 3 lata temu , publika też dała du.y :/

  • Kamil

    To ja musiałem mieć wyjątkowe szczęście zajmując miejsce na płycie, bo było regularne pogo obok mnie 🙂

Przejdź do paska narzędzi