#bookmonday. Mleko na świecącej ziemi. "Czarnobylska modlitwa". - Cały Ten Zgiełk

#bookmonday. Mleko na świecącej ziemi. „Czarnobylska modlitwa”.

czarnobyl

Czarnobyl. Prypeć. Zona.

Hasła – klucze radioaktywnej legendy.

Hasła- klucze do katastrofy ludzi i okolicznej przyrody. Katastrofy, która nie skończyła się na jednym dniu czy kolejnych dniach, ale trwa do dzisiaj. Skażeniu uległy nie tylko przedmioty materialne, skażone są myśli i emocje ludzi, których dotknęła.

Ludzie zachodu dzisiaj jeżdżą na w miarę bezpieczne, wygodne wycieczki do zony. Podziwiają betonową pustynię zamrożoną w 1986 r. Wyjeżdżają z toną zdjęć, opowieściami i sytymi brzuchami. Mogą błyszczeć w towarzystwie odwagą wyjazdu do miejsca niebezpiecznego. Po lekturze książki Swietłany Aleksijewicz uświadomiłam sobie, jak mnie to fascynuje i odpycha zarazem.

Otwiera ją „Samotny głos ludzki”, monolog Ludmiły Ignatienki, żony strażaka, który gołymi rękoma gasił pożar elektrowni i który zmarł straszliwą śmiercią po dwóch tygodniach. Ta głęboko wstrząsająca historia wprowadza czytelnika w mroki rzeczywistości tamtych dni, o których nie mieliśmy pojęcia. Kolejka po płyn lugola to tylko namiastka horroru, nakręconego mentalnością człowieka sowieckiego:

Nasz system, w sumie wojenny, w sytuacjach nadzwyczajnych działa doskonale Wreszcie człowiek jest tam wolny i niezbędny. Wolność! W takich chwilach Rosjanin pokazuje,jaki jest wielki!Wyjątkowy!Nigdy nie będziemy Holendrami ani Niemcami. I nie będziemy nas ani porządnego asfaltu, ani zadbanych trawników. Ale bohaterowie zawsze się znajdą.

Gaszenie pożaru, sprzątanie elektrowni i ewakuacja prowadzone bez jakiegokolwiek planu, bez ochrony, bez informacji, edukacji uczestniczących służb. Zatajenie prawdy o skażeniu, o jego skutkach, o przyjętym przez pracowników promieniowaniu. Fałszowane wyniki mierników.

Kilka razy oglądałem film o zakładzie Titanica. Przypomniał mi to, co widziałem na własne oczy, co sam przeżyłem w pierwszych dniach czarnobylskich… Było dokładnie tak, jak na Titanicu, ludzie zachowywali się identycznie. Ta sama psychologia. Poznawałem… Nawet porównywałem… Już przebite dno statku, woda zalewa dolne ładownie, przewraca beczki, skrzynie… Rozlewa się… Pokonuje przeszkody… A na górze palą się światła. Gra muzyka. Podają szampana. Ciągną się kłótnie rodzinne, zaczynają się romanse. Woda chlusta… Toczy się po schodach… Wlewa się do kajut…
Palą się światła. Gra muzyka. Podają szampana…
Nasza mentalność… To temat do oddzielnej rozmowy… Na pierwszym miejscu stawiamy uczucie. To daje rozmach, nadaje wzniosłość naszemu życiu, ale zarazem jest zgubne. A racjonalny wybór zawsze uważamy za niewłaściwy. Swoje czyny mierzymy sercem, nie rozumem. Zajdzie się we wsi na podwórze – „o gość przyszedł”. Już się cieszą, przeżywają. Kręcę głową: „Oj nie ma świeżych rybek, nie mamy czego dać” albo „Mleczka się pan napije? Zaraz naleję kubek.” Nie puszczają. Zapraszają do chałupy. Niektórzy się bali, a ja się zgadzałem. Wchodziłem do środka. Siadałem do stołu. Jadłem skażone kanapki, bo wszyscy jedzą. Wypijałem kielicha. Nawet czułem dumę, że taki jestem. Że się nie boję Tak… Tak! Mówiłem sobie, że skoro nie potrafię się zmienić w życiu tego człowieka, to wszystko, co mogę, to zjeść z nim skażoną kanapkę, żeby się nie wstydzić. Podzielić jego los. Taki jest u nas stosunek do własnego życia. A przecież mam żonę i twoje dzieci, ponoszę za nich odpowiedzialność. Mam dozymetr w kieszeni…Teraz rozumiem… To nasz świat, to my. 10 lat temu czułem dumę, a dzisiaj mi wstyd, że taki jestem. Ale i tak się do stołu i będę jadł przeklętą kanapkę. Myślałem… Myślałem o tym, jacy ludzie. Ta przeklęta kanapka nie mogła mi wyjść z głowy. Trzeba ją jeść sercem, a nie rozumem. Ktoś dobrze napisał że w dwudziestym… A teraz już w dwudziestym pierwszym wieku żyjemy tak jak nas nauczyła dziewiętnastowieczne literatura. Boże! Często dręczą mnie wątpliwości… Omawiałem to z wieloma ludźmi… Kim jesteśmy? No kim?

Planowa eksterminacja i dobijanie zwierząt domowych i hodowlanych, likwidacja płodów rolnych i żywności. Wylewane świeżo udojone mleko. Zwierzęta wleczone na rzeź i wrzucane do masowych dołów.

Naprędce zorganizowane wywózki ludności ze strefy skażenia. Opuszczone nagle domy, w oknach kartki narysowane przez dzieci, błagające o nieszabrowanie i litość dla kotków i psów. Przekupstwo likwidatorów samogonem, aby pozwolili zabierać ludności z domostw skażone przedmioty. Irracjonalne szmuglowanie do autobusów słoików z przetworami. Ratowanie i wywożenie cichcem pamiątkowych drzwi domu.

Niewiedza, ignorancja to jedno. Ale pamięć o wojennym głodzie, wschodni sentymentalizm, chłopskie rozumowanie, umiłowanie ziemi, natury i jej płodów pogorszyły sprawę.

Wyrzeczenie się ogórków z własnej działki było dla nich czymś gorszym od Czarnobyla. Dzieci przez całe lato trzymaliśmy w szkole, żołnierze umyli ją proszkiem do prania, zdjęli dookoła niej warstwę ziemi. a jesienią? Jesienią posłano dzieci do zbierania buraków  Uczniów z zawodówki też przywieziono na pole. Spędzili wszystkich. Co tam Czarnobyl, gdyby ziemniaki zostały na polu niewykopane, to dopiero byłoby coś strasznego… Kto jest winien? No kto, jak nie my sami?

Świecąca ziemia. Grudki cezu na glebie. Zapach jodu w powietrzu. Czyszczenie ulic białym proszkiem odkażającym. Walające się po ulicach przedmioty. Rozkradane sklepy.

Mechanizm zła będzie działał i podczas apokalipsy. Zrozumiałem to. Ludzie tak samo będą plotkować, schlebiać przełożonym, ratować telewizor i futro z karakułów. Nawet gdyby nastąpił koniec świata, człowiek pozostanie taki, jak jest teraz. Zawsze.

A wokół bujna, rozszalała wiosna, żyzna gleba, lasy. Brak namacalności śmierci wiszącej w powietrzu i wnikającej w ziemię, przedmioty, ludzi. Jałówki i dziki z białaczką,  wywożone na targi i sprzedawane jako mięso na wesela.

Po latach – nielegalne powroty do strefy skażenia. Starsi ludzie koczujący w pionierskich warunkach w okradzionych chatach, żyjący jak w kołochozie. Miłość do przyrody, pionierskie warunki, czarny humor. Dowcipy o radiu Erewań:

Czy w Czarnobylu było smutno? Skąd, wszyscy chodzili rozpromienieni.

A w miastach, gdzie wywieziono ludność – choroby, nowotwory, mutacje. Czapka furażerka ojca przywieziona dla synka po dwóch latach powodem jego raka mózgu… Koszmarne śmierci i dysfunkcje narządów, bezpłodność. Choroby psychiczne i samobójstwa. Poczucie izolacji, osamotnienia i skazania na samych siebie. Ludzie stamtąd stanowią odrębny, skażony i skazany lud.

Dosyć.

Język, liryzm, dramatyzm, bogactwo książki Swietłany Aleksiejewicz pt. ” Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości” oszałamiają. Nie pozwalają zasnąć spokojnie.
Otwierają oczy na wschodnią duszę i sposób myślenia zestawiony z sowiecką manipulacją. Rosyjskie dzikie wojenne „urrra!!!” zdaje się dźwięczeć w uszach, kiedy myśli się o tym, w jaki sposób przeprowadzono całą operację i jak nie (po)radzono sobie ze skutkami katastrofy.

To lektura obowiązkowa, budząca świadomość i wielkie współczucie. „Oni”, „tamci”, „ruscy” stają się nagle bardzo bliscy. Taka jest potęga reportażu.

Fakty o katastrofie:

Follow me

Podoba Ci się to, co czytasz? Podziel się!

Przejdź do paska narzędzi