Bohemian Rhapsody. Słodko-gorzka rapsodia. - Cały Ten Zgiełk

Bohemian Rhapsody. Słodko-gorzka rapsodia.

Przeboje Queen to soundtrack mojego dzieciństwa. Pamiętam rodzinne samochodowe wielogodzinne wyprawy nad morze z zarzuconą najpierw kasetą, potem płytą Cd. Albumy z lat osiemdziesiątych począwszy od The Game wirowały w aucie non stop.
Niezmiennie kojarzą mi się sentymentalnie.

A utwór These are days of our lives, spinający klamrą rodzinną przygodę z Queen niezmiennie przyprawia mnie o głębokie wzruszenie. Teledysk nakręcony w monochromie i gruba warstwa makijażu starały się kryć wyniszczenie chorobowe Mercurego i ślady po mięsakach Kaposiego. Podczas kręcenia klipu w maju 1991 r. obecnych było tylko kilka osób. Freddie marł 24.11.1991 r. Już za kilka dni kolejna rocznica śmierci tej Divy, prawdziwej “musical prostitute”.

Nie mogłam nie pójść zatem na Bohemian Rhapsody.

I kiedy już przestałam skupiać się na imponującym sztucznym zgryzie Ramiego Malka, dałam się porwać wartko opowiedzianej historii zespołu.

(Zęby zresztą zostały zakonserwowane w złocie przez samego aktora i stanowić będą, dosłownie, cenną pamiątkę.)

Dałam się zatem porwać historii obarczonej wieloma przekłamaniami dotyczącymi biegu wydarzeń.
Jeśli o nich nie wiesz, pozwalasz się uwodzić humorowi, doskonałej muzyce, lekko przegiętemu czarowi Ramiego Malka.

Twórcy nie porywają się na głęboką analizę postaci Freddiego, zarysowując jednakże jego konserwatywne tło rodzinne i dylematy na tle zobrazowanego niedomówieniami orgiastycznego rozpasania.

Dostajemy portret czarującej, barwnej, nieokiełznanej, trudnej, manierycznej, chimerycznej postaci zarazem introwertycznej jak i nadeskspresywnej czy zarozumiałej. A przede wszystkim, genialnej muzycznie i charyzmatycznej.

Prawdziwej Divy.

Divy, która samotność w tłumie zagłuszała seksualną, narkotyczną, alkoholowa i zakupową dzikością.

Historia rockmana w smutny sposób podsumowuje rozpasanie środowiska gejowskiego tamtych czasów z czasów sprzed epidemii AIDS. Ostatni parter Freddiego zmarł na raka, ale był zarażony HiV. Jego kucharz także zmarł na AIDS…

A rozmach Freddiego podsumowuje kilka ciekawostek.

Dom z 28 pokojami. I kilka innych.
9 kotów.
5 milionów funtów na imprezy.
0,5 mln funtów na narkotyki.
50 000 funtów na dziką imprezę z okazji 39. urodzin.
25 tys. funtów wydawane przy jednorazowym półgodzinnym wejściu do sklepu.
Drogie dzieła sztuki kupowane hurtowo.
I wspaniała szczodrość. Przed śmiercią zabezpieczył finansowo najbliższe osoby, w tym ukochaną Mary Austin, “love of his life”.

Pozostali członkowie zespołu stanowią w filmie zaledwie tło dla jego show. Aczkolwiek tło przynajmniej genialnie ucharakteryzowane. Brian May jest w zasadzie identyczny z oryginałem. Dbałość o wizualne szczegóły naprawdę oszałamia.

Film balansuje na cienkiej tragikomicznej nucie. Bawi, tumani, przestrasza.
Większość widzów wychodziła z niego z mokrymi oczami. Ja, ze względu na wspomnienia, z bardzo mokrą twarzą…

Jeśli ma się ochotę na popkulturowe katharsis, warto się się wybrać i dać się uwieść tej słodko – gorzkiej rapsodii.

Follow me

Podoba Ci się to, co czytasz? Podziel się!

Przejdź do paska narzędzi