Votes for women! O sufrażystkach w gorsetach... i hijabach - Cały Ten Zgiełk

Votes for women! O sufrażystkach w gorsetach… i hijabach

sufragettes

Wysokie Obcasy w sobotę zamieściły artykuł o wyborach w Arabii Saudyjskiej.

Pierwszych z udziałem kobiet.

Król powołał 30 kobiet do rady doradczej a kobieta została powołana na ministra edukacji.

Kampania prowadzona była przez mężczyzn, zachęcających do oddania głosu na swoje kandydatki, które nie mogły spotkać się twarzą w twarz z wyborcami. Wysokie Obcasy przypominają, że w Arabii Saudyjskiej kobiety nie mogą prowadzić samochodu – ale mogą się kształcić.

Choć w wyborach wzięło udział ok 130 tys. z uprawnionych 4,5 mln kobiet i tak należy uznać to za przełom i pierwszy krok w rozmiękczaniu systemu.

A ja w weekend obejrzałam film pt. Sufrażystka portretujący wycinek walki kobiet o swoje prawa.

Główna bohaterka, grana przez bardzo subtelnie odmalowującą jej emocje Carrey Mulligan, zostaje wciągnięta w wir wydarzeń związanych z ruchem sufrażystek.

Wykorzystywane – fizycznie, finansowo, seksualnie kobiety imające się najniżej płatnych zajęć stają do walki o swoje prawa w ramach ruchu sufrażystek  suffragium – głos wyborczy)

Jak mówi zagrana przez dwie minuty przez Meryl Streep Emmeline Pankhurst – założycielka Ligii Kobiet, kobiety nie chcą łamać prawa, ale chcą je tworzyć.

Kiedy jednak dyskusje i negocjacje nie przynoszą efektów, ruch radykalizuje się wyłaniając odłam sufrażetek, a działaczki  te uciekają się do przemocy, aktów sabotażu (wybijanie szyb, podpalenia, paraliżowanie telekomunikacji) czy samoszkodzenia sobie (np. strajk głodowy, wobec którego stosowano prawo kotka i myszki, umożliwiające doprowadzanie więźniarki zwolnionej z powodu stanu zdrowia z powrotem na resztę wyroku po poprawie jej kondycji).

Z tego też powodu postrzegane są jako wrogowie publiczni, osoby niespełna rozumu, terrorystki. Przeciwko nim stają nie tylko rządzący mężczyźni, ale też ci najbliżsi, którym przynoszą wstyd. A także inne kobiety, które nie widzą szansy czy potrzeby zmiany status quo.
Ostracyzm społeczny i brak jakichkolwiek praw skutkuje pełnym przemocy i pogardy podejściem do sufrażystek ale także konsekwencjami w życiu osobistym – utratą domów i rodzin.

Finałem filmu jest śmierć Emily Davison pod kopytami konia podczas wyścigów konnych. Film w pewien sposób radykalizuje przekaz, sugerują, że popełniła samobójstwo rzucając się w poprzek trasy toru z transparentem (czemu zaprzecza relacja kroniki filmowej i świadków).
Film miał nosić na początku tytuł… Furia.

Obawiam się, że jeszcze bardziej szufladkowałby bohaterki jako frustratki. Odmalowuje sytuację i walkę kobiet w sposób czarno-biały. Mężczyźni przedstawieni są jako ich zażarci, inwigilujący wrogowie – pojawia się tylko jedna jedyna pozytywna postać męskiego rodu.
Produkcja skąpana jest w sinoburym świetle podkreślającym przygnębienie i szarość dnia codziennego, w którym bohaterkom zgiętym w pół nad balią gorącej wody nie przychodzi na myśl, że mogłyby żyć inaczej.

Ale kiedy już pomyślą – nie ma odwrotu. I o tym powinien być ten film – o budzeniu się jednostkowej świadomości o i jej wpływie na zmianę społeczną.

Tego zdecydowanie zabrakło, za słabo ukazana jest ewolucja bohaterki, kilka wątków odmalowanych jest bardzo pobieżnie i umyka. Widzimy dramat Maud staczającej się w dół podczas walki o to, by podnieść się w górę, ale całość jest odmalowana tak jednoznacznie i sztampowo, że nie szarpią nami aż takie emocje, jakie powinny.

To, co de facto najważniejsze, pojawia się dopiero w podsumowaniu – jest to krótka lista prezentująca kolejność przyznawania praw wyborczych w poszczególnych krajach.

W Polsce kobiety głosowały już w 1921, podczas gry w zobrazowanej w filmie Wielkiej Brytanii dopiero w 1928.
Nie wspominając o Szwajcarii, gdzie prawa te uzyskały dopiero w 1971 r. wspominanej Arabii Saudyjskiej, czy Brunei gdzie kobiety nadal tych praw nie mają.

14 lutego kobiety na całym świecie, w tym w największych polskich miastach kolejny raz zatańczą przeciwko przemocy i dyskryminacji różowy energetyczny taniec w ramach One Billion Rising.

Mając szczęście mieszkać w kręgu kultury zachodniej możemy mówić głośno o tym co dla nas ważne, choć rzadko skutkuje to pożądanymi zmianami.
Kobiety z innych kręgów kulturowych często nadal nie mogą nawet podnieść głowy.

Warto o tym pamiętać i korzystać ze swoich praw.

Warto też pamiętać, że 8 marca nie jest „komunistycznym świętem”. W 1909 r ten dzień został obwołany w USA dniem walki o równouprawnienie kobiet i mężczyzn.

I’d rather by a rebel than a slave – głoszą koszulki aktorek z promo sesji, cytując słowa Emmeline Pankhurst.

Ponad 100 lat temu nadal potrzebujemy rebeliantek.

Follow me
  • Też widziałam „Sufrażystki” i wbił mnie w kinowy fotel. Uświadomiłam sobie, że los kobiet tak znacznie się zmienił w ciągu ostatniego wieku, a jednocześnie nadal w tak niewielu krajach! Choćby wspomniana przez Ciebie Arabia Saudyjska, choć to raczej skrajny przykład nierówności płciowych i społecznych. Sama bym z dumą nosiła koszulkę „I’d rather be a rebel…”. W dobrej sprawie zawsze warto zabrać głos i o nią walczyć.

Przejdź do paska narzędzi